Konto internetowe

19Nie ufają systemom ludzie starsi, będący na bakier z nowoczesną technologią. Nie mniej nie ukrywajmy – konta bankowe, które pozwalają nam na elektroniczny dostęp przez internet to zbawienie współczesnego świata. Konta internetowe w dużym stopniu ułatwiają nam życie. Niezwykle modne są obecnie wszelakie aukcje internetowe. I nie ma się co dziwić. To właśnie internet ma dla nas najbogatszą ofertę zakupową. Aukcjom internetowym nie dorówna żaden sklep, żaden hipermarket i inny sklep wielkopowierzchniowy, tudzież centrum handlowe. To bogactwo oferty wiąże się także z możliwością szybkich opłat i transakcji. Tutaj bez konta internetowego się nie obędzie. To właśnie konta internetowe umożliwiają nam żadne zakupy, bez wychodzenia z domu. Obecne konta internetowe i dostęp do nich są bezpieczne. I takie konta oszczędzają nam czas, energię. Transakcje internetowe ulatniają życie i dziś trudno wyobrazić sobie życie bez płatności za pośrednictwem internetu. Wielość banków działających na polskim rynku przyprawia o ból głowy. Równie bogate są oferty, od kont bankowych, kart kredytowych po pożyczki, kredyty walutowe, hipoteczne po lokaty oszczędnościowe. Jednym z najlepiej sprzedających się towarów bankowych są kredyty. Niestety żyjemy w takim kraju, w którym nie zawsze udaje się dokonać wymarzonego zakupu za gotówkę i musimy się zadłużać. Dlatego warto mieć kary płatnicze. Jeśli mamy stosowne obroty na koncie, jeśli używamy karty płatniczej to bank w wielu przypadkach będzie skłonny zrezygnować z wymagania od nas zaświadczenia o zarobkach. Jeśli będziemy bowiem chcieli wziąć kredyt w banku, w którym mamy konto internetowe, to bank może udzielić nam kredytu na podstawie historii konta. Musimy jednak wiedzieć, że jeśli decydować ma historia konta, to musimy pracować nad jego obrotami minimum sześc miesięcy. Jeśli konto mamy krócej, to jego historia nie będzie brana pod uwagę. Dobrze więc być wiernym swojemu bankowi i używać kart płatniczych czyniąc z siebie tym samym zaufanego klienta.

Kryzys azjatycki

18Kryzys azjatycki rozpoczął się na początku lat 90-tych i dotyczył głównie Japonii. Kraj ten po drugiej wojnie światowej stał się jednym z motorów napędzających globalną gospodarkę. W ciągu 50 lat cena za grunty w Japonii wzrosła 70-krotnie, natomiast ceny akcji blisko 100-krotnie. Inwestorzy wierzyli, że wzrost będzie trwał w nieskończoność. Japońskie firmy chcąc rozpocząć ekspansje na rynek amerykański, zaczęły pozyskiwać kapitał, który był zabezpieczony przewartościowanymi nieruchomościami. Rząd japoński postanowił podnieść stopy procentowe, co spowodowało problemy z wypłacalnością i obsługą zadłużenia firm. Kredytodawcy zaczęli masowo wyprzedawać nieruchomości i akacje, co w efekcie spowodowało lawinę spadków na rynkach papierów wartościowych. Dodatkowym czynnikiem, który wzmocnił spadek okazały się automatyczne systemy transakcyjne, które działały podobnie, jak w przypadku kryzysu amerykańskiego z 1987 roku. Warto zauważyć, że japońska giełda wciąż nie zdołała powrócić do poprzednich szczytów ustanowionych 20 lat temu. Źródeł kryzysu należy upatrywać w amerykańskim systemie finansowym. Składa się on z jednej strony z błędów polityki finansowej i nadzorczej Baku Rezerw Federalnych, z drugiej zaś, chciwości instytucji finansowych. Przy odpowiednim nadzorze Fed-u nieodpowiednie działania banków nie byłyby możliwe. Amerykański system finansowy cechowały zbyt niskie stopy procentowe, znacznie niższe niż w Europie Zachodniej. To one decydowały o tym, że gospodarka finansowa rozwijała się o połowę szybciej niż gospodarki europejskie. Polityka doprowadziła do narastania nierówności na rynku akcji, nieruchomości oraz olbrzymiego deficytu w handlu zagranicznym. Jest to dość poważny kryzys, którego ofiarami są głównie banki i instytucje finansowe. Czyli w dużej mierze ci, którzy go wywołali. Na tle kryzysu lat dwudziestych i trzydziestych obecna recesja wygląda bardzo blado. Wiele wskazuje na to, że kryzys w naszym kraju nie będzie zbyt głęboki, ale z pewnością dotknie niektóre branże bardziej poważnie. Przewiduje się, że ta finansowa zawierucha może potrwać do 2011 roku, potem powinno być już tylko lepiej. Przewożone z odległych krajów do Europy sadzonki tulipanów stały się najbardziej popularnym i pożądanym towarem wśród holenderskich kupców. W głównym okresie hossy za jedną sadzonkę trzeba było naprawdę słono zapłacić. Cena dochodziła do ówczesnej wartości niejednej posiadłości. Kwiaty te były niezwykle rzadkie i to stanowiło w dużej mierze o zawyżonej cenie. Przywiezione kilkaset lat temu z Turcji tulipany były postrzegane w Holandii jako niezwykłe. Ponadto były zróżnicowane kolorami, co dodatkowo podkreślało ich unikalność. Ludzie oszaleli na punkcie sadzonek, aby je kupować sprzedawali swoje majątki i pożyczali pieniądze. Sadzonki uchodziły za dzieła sztuki, w których lokowano kapitał. Jak to zwykle bywa, w najmniej oczekiwanym momencie holenderscy inwestorzy zaczęli spekulować i sprzedawać swoje sadzonki. Każdy zapragnął sprzedawać i realizować swoje zyski w tym samym czasie, aż już nie było chętnych do nabywania tulipanów. Silna podaż doprowadziła cenę sadzonek do realnej wartości. Po tym wydarzeniu holenderska gospodarka nie mogła długo się pozbierać.